czwartek, 29 maja 2014

A Little Death

autorstwa : neon light (Harry) & sunshine (Louis)

bromance : Larry

parę słów ode mnie : Bardzo proszę o pozostawienie swojej opinii. Jest to nasz pierwszy wspólny tekst, on bardzo wiele dla nas znaczy, jest bardzo osobisty, proszę o chociaż kilka słów.




Jesteśmy tylko dwójką popieprzonych dzieciaków usilnie szukających szczęścia.







Harry.

Głośny, irytujący dźwięk wyrwał mnie brutalnie z objęć snu. Nieprzytomnie sięgnąłem na półkę i z trudem odblokowując telefon wyłączyłem budzik. Nie chciałem żeby zadzwonił ponownie więc jeszcze w pół śnie wyłączyłem dwa kolejne, nie otwierając oczu. Równo szósta cztery, siedem i dwanaście.
Nienawidzę tego momentu, gdy muszę pożegnać się z parawanem zapomnienia odgradzającym mnie od rzeczywistości. Zrzuciłem z koniuszków palców ostatnie krople snu i zebrałem w sobie całą wolę, w końcu z powodzeniem wyswabadzając się z objęć kołdry. Zadrżałem na spotkanie lodowatych, łazienkowych płytek  bosymi stopami. Kolejna niemiła emocja do kolekcji - spojrzenie w lustro - "Witaj nieznajomy".
Mimo potraktowania twarzy zimną wodą moja przytomność była wciąż bliska zera. Doniesienie do pokoju miski z płatkami bez wylania połowy mleka na dywan graniczyło z cudem.  Rozejrzałem się po pogrążonym w ciemności pokoju z jedną myślą, "Chcę tutaj zostać", jednak mój zegarek nie chciał współpracować i wskazując szóstą dwadzieścia trzy zmusił mnie do udania się w kierunku szafki z ubraniami. Kiedy odsunąłem rolety i przywitał mnie błękit nieba zakląłem cicho. To zdecydowanie nie ułatwia mi życia. Bluza przygotowana na krześle nie współgra dobrze z majowym upałem ale co miałem zrobić? Lepsze to, niż krótkie rękawy i wydłużająca się lista pytań o moje ręce,a to było mi do niczego nie potrzebne. Z westchnieniem przeszukałem półki w końcu decydując się na czarną koszulkę i bezpiecznej długości rękaw zmiętej koszuli w kratkę. Spakowałem wszystkie potrzebne książki i przeczesując za długie włosy palcami wyszedłem z domu. Tak, zdecydowanie jest dziś za gorąco, a ludzie w autobusie zdecydowanie irytują mnie bardziej, rozmawiają głośniej i przepychają się bardziej niż zwykle.
W drodze do szkoły jak codziennie spotkałem Zayna. Chłopak wyglądał zbyt dobrze, czułem się źle idąc obok niego. Biały tank top odsłaniający ramiona sprawił że w mojej głowie znów zebrało się na deszcz. Odsunąłem na bok myśli, przybrałem uśmiech i wysilając się na entuzjazm komentowałem jego niezwykle pasjonującą historię o wczorajszym spotkaniu z Perrie. Jego uśmiech był tak szeroki że zastanawiałem się, czy jego policzki nie drętwieją. Jakby na prawdę interesowała mnie ilość wypitego przez niego wczoraj alkoholu. Mury szkoły przytłoczyły mnie, znów zgniatając i znieczulając wszystkie niepożądane wspomnienia. W lekkim otępieniu przekręciłem kluczyk w szafce i zabierając potrzebne książki rzuciłem okiem na zdjęcia przyklejone w jej wnętrzu. Nasze wspólne zdjęcia. Wtedy go usłyszałem. Witał się głośno z napotkanymi znajomymi i śmiał melodyjnie... Oparłem się o czerwone drzwi szafki, wiedziałem że tutaj przyjdzie. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały poczułem rozlewające się po moich żyłach ciepło. Niebieskooki wyglądał jak zawsze cudownie, na co moja samoocena została ponownie zrównana z zakurzoną podłogą. Nie widzieliśmy się kilka dni więc bez zbędnych słów podszedł i mnie objął. Na chwilę przymknąłem powieki i schowałem twarz w jego włosach. Kiedy ujrzałem rząd idealnie białych zębów na mojej twarzy pojawił się po raz pierwszy tego dnia szczery uśmiech podparty emocją.


Louis.

 Rano zazwyczaj było dobrze. Nie było czasu na zbędne myśli, na to uczucie zimnych placów zaciskających się gdzieś w okolicach mojego żołądka i tego irracjonalnego niepokoju, który ze sobą przynosiły. Zazwyczaj. Tej nocy źle spałem, niepokój wkradał się do moich snów, nie pozwalając mojemu ciału na wypoczynek, którego tak bardzo potrzebowało. A było już tak dobrze. Dwa długie tygodnie, w których mogłem myśleć, że jestem normalny i naiwnie wierzyć, że te demony już mnie nie znajdą. Znalazły. Zawsze znajdywały. Tak bardzo nie chciałem się tak czuć. Wiedziałem, że to zupełnie bez sensu, że nie ma się czego obawiać, byłem zdrowy, kochany przez ludzi, za którymi wskoczyłbym z ogień, wychowany w przyzwoitych warunkach przez rodzinę, która mnie akceptowała i może odkąd pamiętam ojciec pił za dużo, ale czy znałem kogoś z idealnym ojcem? Nie. Wszyscy mieli swoje problemy. O tym właśnie myślałem, wchodząc do budynku, w którym spędziłem ostatnie miesiące. Charakterystyczny zapach szkoły uderzył moje nozdrza. Odetchnąłem głęboko. Choć może się to wydawać dziwne, szkoła przynosiła mi w jakiś sposób ukojenie. W te dni była dobrą ucieczką od lęku. Wiedziałem, że zaraz spotkamy tych ludzi, którzy uważają mnie za miłego, ładnego chłopca, pewnego siebie i dość popularnego wśród swoich znajomych. Takiego, który w piątek upije się ot tak, za hajs matki, by w poniedziałek raczyć wszystkich wesołą historyjką o swoich poczynaniach. Tak bardzo chciałem być chłopcem, który odbijał się w ich oczach. Witali mnie przyjaźnie, uśmiechami, skinieniami głowy. Odpowiadałem, chłonąłem ich normalność rękami i nogami, bo dziś potrzebowałem jej jak niczego na świecie. Żołądek powoli się rozluźnia, niepokój zaczyna być już tylko swoim wspomnieniem, gorzkim smakiem na końcu języka. Przestaje paraliżować. Wtedy widzę Harrego. Jak zawsze, jest wcześniej ode mnie. Patrzymy na siebie i choć trwa to ułamki sekund, nić dziwnego porozumienia przepływa między nami i po raz kolejny myślę jakie to dziwne, ta więź, która z każdym dniem owija się ciaśniej i ciaśniej wokół naszych pragnących szczęścia ciał. Od wrześnie minęło zaledwie 8 miesięcy, od naszej pierwszej rozmowy jeszcze mniej. Tak szybko staliśmy się sobie bliscy. Nie potrafiłem zdefiniować tego uczucia, ale Harry był kimś ważnym. Po prostu. Jego znajomy zapach, uścisk na który nikt nie zwraca najmniejszej uwagi, ot nasz poranny rytuał. Znów patrzę w jego zielone oczy i nie jestem w nich popularnym, roześmianym chłopcem, jestem sobą i mam wszystkie swoje blizny. Nie idziemy na pierwsze lekcje, bo po kilku dniach rozłąki jest zbyt wiele rzeczy, o których trzeba porozmawiać. Stoimy naprzeciwko siebie, on mówi wymachując rękami i wie, że ja widzę. Trzy czerwone nacięcia na zewnętrznej stronie dłoni, dwie podłużne i świeże kreski na wewnętrznej stronie nadgarstka. Udaję, że nic się nie stało, ale we wnętrzu mojej głowy zapala się czerwona lampka. Wiedziałem. Czułem. Byłem dobry w czytaniu między wierszami i od dawna podejrzewałem, że się tnie. Albo ciął. W każdym razie, teraz zdecydowanie to robił. Sięgnąłem po jego dłoń, niemal w sekundzie spiął wszystkie mięśnie i cofnął rękę. To na nic, widziałem wystarczająco.
- Rozbiłem szklankę, to przez to – mówi, a ja omal nie parskam śmiechem.
- Nie pieprz, Harry – odpowiadam, unosząc brwi, a mój głos brzmi nieco ostrzej, niż miałem w zamiarze. – To też od szklanki? – Przewracam jego dłoń i patrzę na dwa podłużne i niezbyt głębokie cięcia.
Harry uśmiecha się smutno.
Jesteśmy tylko dwójką popieprzonych dzieciaków usilnie szukających szczęścia.


Harry.


Tego dnia powietrze było niemiłosiernie ciężkie. Jakby została w nie wstrzyknięta nuta otępienia i niemocy pomieszana z lekkim rozdrażnieniem, sprawiająca że jego gęstość wzrosła do granic możliwości. Oddychanie było wyjątkowo trudne, ale miałem to w tej chwili gdzieś. Zaliczyłem dziś osobistą porażkę nie dopilnowując podstępnych rękawów. Miałem ochotę krzyknąć "zostaw" kiedy Louis dotknął mojego nadgarstka, alarm wystrzelił w głowie ale było już za późno. Nie chciałem go oszukiwać. W tak krótkim czasie na nasze konto wpłynęło zbyt wiele cennych wspomnień, żebym miał to robić. Byłem tylko nastolatkiem z wiecznie nieuczesanymi włosami, też chciałem komuś zaufać. W ostatnim czasie on wydawał się być jedyną osobą wartą powierzenia myśli. Nie miałem oparcia w rodzinie, zawsze byłem tym najgorszym, w szkole dziwnym, wszędzie innym od innych. Jedyne o czym marzyłem to być.. po prostu normalnym. Wtopić się w tłum i żyć swoim małym światem którego nikt nie mógłby mi odebrać. Budowanie go to prawdziwa udręka, ale w niektórych chwilach, przez moment, zaczynałem wierzyć że jest poukładany. Oczywiście później zostawałem sam w ciemnym pokoju i zaczynałem dusić się własnym życiem obracając w palcach towarzyszący mi kawałek metalu. W nocy wszystkie problemy rosną do rozmiarów kosmosu. Wtedy wstrzymuję oddech, wpatruję się w każdą planetę i gwiazdę.. Bardzo rzadko widzę w nim komety, ale kiedy już się pojawiają odkładam żyletki i nakrywam łzy kołdrą. W takie dni wiem, że wygrałem sam ze sobą. Ostatnio często kometą był Louis, jego słowa, jego uściski. Po prostu musiałem mieć kogoś przy sobie, kto zniesie mnie i moje zachowanie w każdej sytuacji. On taki był. Był osobą którą mogłem obejmować po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu.
Opowiadał mi właśnie o swoim weekendzie, kiedy dołączyli do nas Liam i Niall. Ten pierwszy, przyszły model jak zawsze nienagannie ubrany i uczesany usiadł obok mnie. Blondyn przywitał się i wszedł do środka narzekając na zbyt wysoką temperaturę. Rozmawialiśmy dłuższą chwilę kiedy nagle Payne złapał mnie za rękę, spojrzał i bez słowa odłożył ją na miejsce na kolanie, gdzie leżała wcześniej. Cholerne rękawy. Znał prawdę od samego początku więc nie zdziwiły go moje nowe trofea. W okolicach listopada dostrzegł na lekcji wf cięcia których nie powinien zobaczyć a ja nie wysilałem się na kłamstwo. Nie wiem dlaczego, zawsze przecież kręciłem jak tylko się dało żeby nikt nie wziął mnie za rozchwianego emocjonalnie nastolatka. Ten spokój i zrozumienie bijące od jego osoby sprawiło że dałem za wygraną i był jedyną osobą która wiedziała w nowej szkole.Widziałem że Louis zwrócił uwagę na gest brązowookiego chłopaka, chociaż nie przerywał monologu o swoim niedawnym spotkaniu z policją.
Kiedy rozmowa zeszła znów na temat pogody i zdaliśmy sobie z tego sprawę, wybuchnęliśmy śmiechem. Mam nadzieję że nadchodzące upały tak zajmą myśli wszystkich, że nikt więcej nie zauważy jak bardzo naciągam rękaw koszuli. 


Louis.

Może to nie był dzień, który dodałbym do najbardziej fascynujących dni w moim życiu, ale nie było źle. Zawsze starałem się chwytać tych dobrych wspomnień, szczególnie w gorsze dni i czasem nawet dawałem radę. Wodziłem wzrokiem między Harrym, Liamem, Zaynem obejmującym Perrie i kilkoma innymi osobami, przypominając sobie jak gdzieś na końcu naszego świata leżeliśmy na starym kocu i wpatrywaliśmy się w ostatnie promienie pierwszego, wiosennego słońca tańczą na powierzchni mętnej, rzecznej wody. Jak śmialiśmy się głośno, odpalając kolejne papierosy i wznosząc kolejny toast ruskim szampanem. Myślałem o miłości, którą miałem w sobie tamtego wieczora i która bez wątpienia pozwalała mi funkcjonować przez kilka kolejnych. To byliśmy tylko my. Aż my. My przeciwko światu. Pewnie niewiele różniliśmy się od wszystkich innych nastolatków, pewnie naiwnie wierzyliśmy, że może być dobrze, ale co innego nam pozostało? Monotonny głos nauczycielki odbija się od czterech ścian klasy. Zabieram z ucha Harrego jedną słuchawkę i wkładam ją do swojego. Jessie śpiewa o tańczeniu i piciu wódki ze Spritem. Uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo, synchronicznie poruszając ustami do słów piosenki. Na przerwie wychodzimy na korytarz.
- Tak bardzo mi się nie chce – mówi Harry, a ja kiwam ze zrozumieniem głową.
- Pierdolę to wszystko, już prawie czerwiec – odpowiadam, ale tak naprawdę nie mogę niczego popierdolić, bo zagrożenie z matematyki samo się nie poprawi.
- Zdamy – brak przekonania w jego głosie rozbawia nas obu. Liam nas wymija i uśmiecha się uśmiechem od którego miękną kolana wszystkim dziewczynom naokoło.
- Jak żyć, Harry, jak żyź? –Pytam, z lekkim rozbawieniem w głosie. To chyba nasza ulubiona kwesta wszech czasów.
- Nie żyć – głos Zielonookiego jest lekki, jakby mówił o pogodzie. Obydwoje tak samo dobrze wiemy, że to nie żart.
- O tak, to jest dobra odpowiedź – obejmuje go ramieniem i chociaż idziemy tylko z klasy do klasy, czuję się, jakbyśmy brali udział w jakimś kiepskim przedstawieniu.
Chcę strząsnąć z siebie to dziwne uczucie, tą niechęć która jak zawsze pojawia się znikąd, ale nie potrafię. Po prostu dobrze nie być w tym gównie samemu.


Harry.


Wykład o podstawach inżynierii genetycznej był ostatnią rzeczą której chciałem teraz słuchać. Poczułem ogarniającą mnie senność, pozostałość po kolejnej nieprzespanej nocy. Kiedy mrugnąłem i powieki nie chciały się rozdzielić stwierdziłem że muszę się czymś zająć. Rozejrzałem się po klasie mrugając ciężko i zobaczyłem że wszystkich tak samo jak mnie porwała lekcja. Louis siedzący ze mną w ławce spojrzał pytającym wzrokiem widząc że się poruszyłem. Pokiwałem tylko przecząco głową i ziewnąłem opierając się o ścianę. Poprawił okulary w których wyglądał niesamowicie uroczo o wrócił do prowadzenia notatek. Nie wierzę że jeszcze miał na to siłę. Porwałem jego piórnik z podobizną Hello Kitty i zabierając mu długopis zacząłem zamalowywać kotka. Przysunął się bliżej opierając dłoń na moim kolanie i zapytał:
- Cholera Styles, dlaczego rysujesz na niej pentagramy?
- Przynajmniej ona niech będzie wolna od demonów - odpowiedziałem bez namysłu odwołując się do ulubionego serialu. Tomlinson wzruszył ramionami przyzwyczajony do moich dziwactw. W tym samym czasie dotarł do nas głos nauczycielki:
- Panowie druga ławka od okna.. możecie podać odpowiedź na moje pytanie?
Oczywiście że nie, nawet go nie słyszeliśmy. Czym było jej pytanie w porównaniu do tych które codziennie siedziały w naszych głowach? Miałem ochotę znów zapytać "Jak żyć pani profesor". Po lekcji która trwała wieczność walczyłem z krzywo zeszytym ramieniem plecaka kiedy poczułem na swoich plecach jego ręce.
- Umieram z głodu, chodź ze mną do sklepiku. - powiedział entuzjastycznie.
Po drodze na niższe piętro walczyłem uparcie ze słuchawkami które jak zwykle utrudniały mi życie będąc splątane. Kiedy w końcu mi się to udało Louis pociągnął mnie za rękę i poprowadził za sobą.
- Dlaczego nic nie kupiłeś? - zapytałem skołowany.
- Nie ma już jabłek, idziemy do tego na przeciwko szkoły, jest długa przerwa.
- Nie możesz kupić czegoś innego?
- Tutaj są same słodycze i jogurty których nie znoszę. Rodzinka wymyśliła sobie wyjazd nad morze. Widzisz mój tyłek? Wyobrażasz sobie jak będzie wyglądał w szortach? Fuj.
Oczywiście przesadzał, nie widziałem w nim nic złego ale co mi pozostało? Nie protestując podążyłem za chłopakiem i włączyłem play w telefonie. Słońce oślepiło nasze rozszerzone źrenice swoją intensywnością. Przymknąłem oczy tylko na chwilę. Na sekundę. I wtedy usłyszałem głuchy dźwięk który rozszedł się po całej ulicy pozostawiając za sobą strach. W słuchawkach rozbrzmiewały pierwsze dźwięki 'A Little Death' a w mojej dłoni nie było dłoni Louisa.


Louis.


Odbicie mojej twarzy w szklanych drzwiach, przez które wychodziliśmy było obce i żałosne, więc odwracam wzrok. Harry łapie mnie za dłoń, a gesty jak ten zawsze strasznie mnie rozczulały. Był największą przylepą, jaką kiedykolwiek poznałem i to było naprawdę urocze. Słońce z intensywnością dotyka naszej skóry, jest zdecydowanie zbyt gorąco na siedzenie w szkole. Nie tylko my postanowiliśmy opuścić jej ciężkie mury, na placu i chodnikach pełno jest uczniów. Wystawiają twarze do słońca, żyją obietnicą bliskiego końca tortury, jaką jest nauka, marzą o uściśnięciu się bez choćby odrobiny żalu i pożegnaniu na całe dwa miesiące. Od sklepu do którego się kierujemy dzieli nas tylko przejście przez ulicę. Stajemy na krawężniku. Pasy dla pieszych są tylko kilka metrów dalej, ale my wybieramy drogę przez środek ulicy, jak wszyscy. Wyjmuję z kieszeni pieniądze i zaczynam je przeliczać, stawiając pierwszy krok na rozgrzany asfalt.
-Hej, Harry, na co cz.. – Odwracam się, jest kilka metrów za mną, na chodniku, a w jego oczach czai się przerażenie.
Otwiera usta. Unoszę brwi i spoglądam w stronę, w którą patrzy chłopak. Wszystko dzieje się zbyt szybko, jest nierealistyczne i wydaje mi się, że to nie ja, że to tylko zły sen. Wprost na mnie, z przeraźliwym piskiem pędzi duży, czarny samochód. Otwieram dłoń i drobne pieniądze wysypują się na ulicę.
Uderzyło we mnie z niewyobrażalną siłą która odbiła się echem w każdym nerwie mojego ciała. Nie krzyczałem, nie byłem w stanie nawet oddychać. Ból rozlał się po moich żyłach natychmiastowo paraliżując umysł. Bezwładne ciało uderzyło o gorący asfalt.  Palące iskry wystrzeliły w klatce piersiowej i kręgosłupie. Nie widziałem i nie słyszałem w tym momencie niczego. Dziwiłem się że ból nie zaczął ze mnie wypływać razem z krwią której zapach przytępiał moje myśli, było go tak dużo... Jestem w piekle, to pewne. Płonąłem  wewnątrz krzycząc. Po kilku sekundach było mi już wszystko jedno i przestałem próbować. Nie wiedziałem czy ktoś mnie dotknął, czy udało mi się poruszyć, ale to był błąd. Pęknięte żebro przesunęło się minimalnie. To wystarczyło, koniec. Czułem jak wbija się głęboko, przebijając moje płuco. Miałem wrażenie że rozrywano i przypalano mi w tej chwili duszę. W chwili która trwała wieczność. Wyczerpany zawalczyłem o oddech wiedząc, że będzie on ostatni. Moje staranie spłynęło na niczym. Nie poczułem powietrza, tylko jeszcze większy ból i chwilę później przez gardło, jakby drucianą szczotką, przedarła się krew. Po kilku sekundach nie było już powietrza.
Wydawać by się mogło że nie było już niczego, jednak w mojej głowie został cień wspomnienia. Niemy obraz ukazał się pod powiekami sprawiając że się uspokoiłem. Zobaczyłem gwiazdy pod którymi wtedy leżeliśmy. Widziałem uśmiech tych których pokochałem swoim upośledzonym sercem. Zasmakowałem każdej łzy. Poczułem na skórze szczypiące szczęście i błogość. Poczułem zapach życia na chwilę przed tym, jak utraciłem wszystko. I nie było już niczego. Nie było nawet mnie. Został tylko ból.


Harry.


Dźwięk tłuczonego szkła zmieszał się z wysokimi krzykami stojących niedaleko mnie dziewczyn i nieznośnym hałasem klaksonu. Mógłbym przysiąc, że słyszałem jak jego kości pękają pod wpływem uderzenia. Wszystko wokół się zatrzymało a ja w zupełnym szoku patrzyłem na krew która pokrywała wgniecenie w masce samochodu. To było takie surrealistyczne. Nie oddychałem, bojąc się, że kiedy znów napełnię płuca powietrzem, to wszystko okaże się prawdą. Oczy zaszły mi łzami, gdy w końcu znalazłem w sobie odwagę, by spojrzeć na kruche, zniszczone ciało Louisa. Nagle poczułem się, jakbym wydostał się na powierzchnię, po długim czasie przebywania pod wodą. Zaczęły do mnie docierać dźwięki, których było zbyt wiele. Krzyki ludzi, pisk opon zatrzymujących się samochodów, syrena karetki..
A on leżał. Tak po prostu. Miał przymknięte powieki i lekki uśmiech na czerwonych od krwi wargach. Ja stałem tam i czułem, że płacz wstrząsa moim ciałem, narasta z każdą sekundą. Nie. To nie mogła być prawda, ponieważ on był tu przed chwilą, trzymał mnie za rękę i wszystko było dobrze. Do cholery, on nie umierał, bo ja mu na to nie pozwalałem. Nie zostawiał mnie samego. Chyba zacząłem krzyczeć, bo czyjeś silne ręce zacisnęły się wokół mojego ciała i ciepły głos zaczął mi powtarzać, że wszystko będzie dobrze. Liam. W tym momencie dwójka rosłych mężczyzn układała Louisa na noszach i wnosiła do wnętrza karetki.

Na niebieskim korytarzu było cicho, lampy niewzruszone mruczały cicho pod sufitem, a ja nie potrafiłem żyć. Po prostu czekałem. A kiedy wysoki i rozpaczliwy krzyk mamy Louisa przeciął gęste, szpitalne powietrze, już wiedziałem. Zrobiło mi się słabo, oddech uwiązł gdzieś w krtani. Nie, nie, nie. Louis, przecież żyjesz do cholery!


Dwa tygodnie później stałem w tym samym miejscu, w którym po raz ostatni trzymałem go za rękę. Był upał, licealiści przechadzali się w tę i z powrotem, wiatr lekko szumiał w koronach wysokich drzew. To było niesamowite. Jak świat mógł być piękny, akurat teraz, akurat tutaj? Miałem ochotę krzyknąć, że nie ma prawa, że nikt nie ma prawa się śmiać, bo on nie żyje. Tyle, że świata to nie obchodziło. Nie obchodziło go, że Louisa nie ma i nie obchodziłoby go, gdyby i mnie nie było. Śmierć, choć wydawała się najprostszym rozwiązaniem, zdecydowanie nim nie była. Zrozumiałem to, gdzieś między jednym spazmatycznym wybuchem histerii a drugim, trzymając żyletkę tuż przy bladej skórze. Najgorsze było to, że potrzebowałem jego śmierci, żeby uświadomić sobie, że tak naprawdę nie pragnę własnej. Nikomu tak bardzo nie chciałem o tym powiedzieć, jak jemu. Ponieważ oboje nie wierzyliśmy w niebo, wiedziałem, że już nigdy mu tego nie powiem i to była chyba najgorsza wizja, która nawiedzała mnie każdej nocy. Wziąłem głęboki wdech i odwróciłem się w stronę wejścia do budynku.
Jego głos był w mojej głowie żywy, jakby stał tuż przy mnie.

- Jak żyć, Harry, jak żyć? 

Moja odpowiedź nie była taka sama, jak kiedy zadał to pytanie ostatnim razem. Uśmiechnąłem się lekko.
Po prostu, Lou. Po prostu żyć.

5 komentarzy:

  1. Tak...Nie mogłam powstrzymać łez. Źle mi się to czytało, ale nie w tym obraźliwym sensie, czułam się tak jakbym wdzierała się w waszą przyjaźn. Tak idealnie odzwierciedliłyście tą waszą codzienność, mimowolny uśmiech nie schodził mi z twarzy w sytuacjach gdy opisywałyście to co wydarzyło się w NASZYM prawdziwym świecie. Wiem, że znamy się niedługo, ale teraz po przeczytaniu tego czuję jakbyśmy się znały od wieków i za cholerę nie wiem dlaczego tak mam. To było dla mnie coś zupełnie nowego czytać o sobie te dosłownie parę linijek, ale cudownie było czuć, że choć w małym stopniu tak o mnie myślicie. Obydwie genialnie piszecie, nie potrzebowałam tych nagłówków, że to jest teraz perspektywa Harryego czy Lou, bo od razu potrafiłam rozpoznać kto to napisał i to pokazuje jak niesamowite jesteście choć tak różne style macie. Osobno, zajebiście. Razem, to już powstaje arcydzieło. Wiecie, że mogłabym tak pisać i pisać? Dziękuję, że pozwoliłyście mi przeczytać tak osobiste opowiadanie, nie wiem czy zrozumiałyście mnie chociaż trochę, jest późno i chyba sama nie rozumiem co piszę, ilysm. xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeny... To było takie smutne... Nie mogę powstrzymać łez ;'( Tak świetnego shota jeszcze nie czytałam. normalnie, nie wiem, ale po przeczytaniu jakże krótkiego opowiadania przeżywam to wszystko jakby to była prawda... To pokazuje, jak kruche jest ludzkie życie. Piękne to jest, naprawdę ;) aż brak mi słów, by to wszystko opisać.
    Świetne, tyle co mogę powiedzieć, ily xx

    OdpowiedzUsuń
  3. PŁACZĘ ;________________;

    TO JEST NAJPIĘKNIEJSZY I JEDNOCZEŚNIE NAJSMUTNIEJSZY IMAGIN WSZECH-KURWA-CZASÓW ! ;___________;

    Matko, niech Wam Pan Bóg w dzieciach wynagrodzi za takie cuda, bo to było naprawdę... Kurwa, jak niewiele potrzeba, żeby pozbawić kogoś życia... Czy ludzie naprawdę muszą przejść jakąś tragedię, żeby dotarło do nich, iż nie watro robić głupstw? Kurwa, życie jest takie piękne, a jednak nie każdy potrafi to docenić.. Cholera jasna, to dzieje się tylko raz! Mamy JEDNO ŻYCIE ! Tylko JEDNO ! Dlaczego ludzie chcą je sobie odbierać ? Dlaczego pozbawiają życia innych ? Kurwa, dlaczego się tak dzieje ?? ... Matko, jestem wewnętrznie rozjebana, idę to odespać. Cudowne ♥ ..

    Pozdrawiam,
    @Gabryska__99
    xXx

    OdpowiedzUsuń
  4. DZIĘKUJE ŻE DOPROWADZIŁYŚCIE MNIE DO PŁACZU I HISTERII

    TO JEST NAJPIĘKNIEJSZY, NAJBARDZIEJ SMUTNY I WZRUSZAJĄCY IMAGIN NA CAŁYM KURWA ŚWIECIE. RYCZE JAK PORYPANA I NIE MOGĘ PRZESTAĆ, LEDWO PISZE BO SZKLANE OCZY PRZESZKADZAJĄ MI W ROZPOZNANIU LITEREK.

    Więc tak. Na samym początku wszystko było "dobrze", byli razem, byli szczęśliwi, pod względem tego że mieli siebie nawzajem. Mieli w sobie siłę i wzajemnie się rozumieli. To takie niesprawiedliwe, jak łatwo życie może być komuś odebrane. Teraz mam przed oczami jak trzymają się za ręce, widze jak daje ten krok na ulicę, jak odbija się od samochodu, ląduje na ziemi. Krzyki Harry'ego, jego płacz. To wszystko, całe zajście. Wasz imagin będzie mnie prześladował, nie będę mogła o nim zapomnieć. Był taki piękny. Był moment, kiedy myślałam, że Harry również się zabije żeby być z Lou już na zawsze, ale tak się nie stało. A kiedy był ostatni akapit, kiedy mówił, że śmierć Louis'a pokazała mu, że nie chce swojej własnej dała mu świadomość jak życie jest kruche i jednak on chce żyć. Już się rozryczałam na amen, kiedy było napisane że już więcej nic nie powie Louis'owi, z niczym się nie podzieli. A słowa "Po prostu Lou. Po prostu żyć." złamały mi serce.


    Wasz imagin pokazuje jak łatwo kogoś stracić, jak łatwo komuś odebrać życie, szczęście, ale i wiele zrozumieć. Jak życie może być cenne, dzieki wam mam na niego (życie) inny pogląd. Po prostu jestem rozjebana psychicznie, to piękne, a zarazem straszne. Nie wiem co pisać. Moje emocje, myśli, uczucia są jak hjwebf
    Dziękuje za ten imagin. Boże. Piękny.

    Ściskam mocno. Więcej takich imagnów! xx
    @luvmyfivebears

    OdpowiedzUsuń
  5. nono bardzo zaciekawił mnie ten part. Sama pisze OneShoty ale tobie chyba nie dorównam nigdy : ) Smutna fabuła, ale taka realna. Fajnie że ukazałaś co może się wydarzyć zwykłej prostej osobie. Podziwiam Cię i pozdrawiam serdecznie : )

    http://partdirection.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń